Translate

piątek, 29 listopada 2013

Rozdział 1; Osaczona.

Hej :)
Dodaję dopiero teraz, wybacz<cie> :(
Pozdrawiam ;)
piszę niezbyt profesjonalnie, wybaczcie, lecz trudno przestawic sie na wlasna powiesc ;
)  przepraszam za nieestewtyke i zero poprawnosci gramatycznej ostatnich zdan, poniewaz dopisuje z telefonu ;
)
pozdrawiam po raz drugi, 
Kochajaca
Mustangi 
:
)
Rozdział 1; Osaczona.
Moje ciało przeszywały pojedyncze dreszcze, lecz nadal uparcie szłam przed siebie.
Zaczęło mi się robić zimno, a moje buty uderzały co chwila w sprytnie schowane kamienie. Ciemność wokół mnie wcale nie ułatwiała mi marszu.
‘Co ja w ogóle zamierzałam osiągnąć, opuszczając ich?!’
Podążałam drogą, jakby wchodząc w kolejne warstwy mroku, które mnie obejmowały i uniemożliwiały powrót. Idąc w ciemności, bodźce odbierane przeze mnie w krótkim czasie przestawały mnie satysfakcjonować, więc rozmyślałam.
‘Gdzie teraz pójdę?’ Ta myśl kołatała mi w głowie, nie sposób było się jej pozbyć.
Nagle wszystko zaczęło się zdawać dziać tak wolno. Doskonale to pamiętam.
Krzaki lekko się zatrzęsły.
Przystanęłam, aż mnie sparaliżowało, lecz po chwili skarciłam się w myślach.
‘Głupia… Przecież to tylko wiatr…’
Przynajmniej taką miałam wtedy nadzieję.
Namiętnie szłam dalej, na nic nie zważając.
Coś syknęło.
-Kto?!- szepnęłam ostro, lecz w odpowiedzi otrzymałam ciszę. -Zdaje mi się coś… Cholera. Ze mną jest naprawdę źle. Gadam do siebie…
-Nieprawda.- usłyszałam hardy, kobiecy głos.
Stanęłam jak wryta.
-To niegrzecznie nie odpowiadać.- wyrzuciłam jej.
Nagle coś zabrzęczało.
Przede mną leżał drżący jeszcze nóż.
Chwyciłam go czym prędzej. To nie było mądre posunięcie.

Był to raczej impuls, aniżeli rozumny, przemyślany czyn.
Coś mignęło mi przed oczyma.
Chwilę później zobaczyłam przed sobą dość specyficzną dziewczynę. Wyglądała dziko; raczej… W ogóle nie wyglądała. Rozpoznałam, że ubrana była na czarno, a jej alabastrowa skóra nieznacznie tylko odcinała się od ciemności. Oprócz tego, zdolna byłam zauważyć, że w jej ręku błyska nóż.
Taki sam jak mój.
-Nabór.- oznajmiła, jakby miało to wszystko wyjaśnić.
Moja mina utwierdziła ją w przekonaniu, że z moim rozumowaniem w tych sprawach nie jest najlepiej.
-Nie musisz nic wiedzieć.
Nagle zamachnęła się w moją stronę, a ja stałam się jeszcze bardziej spostrzegawcza, co mnie bardzo zdziwiło.
Schyliłam się, a jej nogę chwyciłam ręką.
Było to jednak tylko chwilowe.
Wyrwała ją, a ja sama się przewróciłam, zaskoczona płynnością i szybkością jej ruchów.
-Dobra jesteś, ale musisz jeszcze dużo ćwiczyć.- mruknęła.- Wstawaj. Nie co dzień mam okazję znajdować kogoś aż tak utalentowanego.
Podniosłam się, cała mokra. Trzęsłam się z zimna, na nic już nie miałam siły, jednak ta kobieta nadal czegoś ode mnie chciała. Jakby już nie dość mnie wymęczyła.
-Chodź.
Nie ruszyłam się z miejsca.
Powtórzyła, lecz już o wiele ostrzej.
Nadal nie reagowałam, byłam zbyt otępiała.
Wymierzyła mi cios w policzek, z wyrzutem na nią spojrzałam, podniosłam się i zaczęłam ociężale iść w jej stronę.
-Szybciej.
-Gdzie mnie prowadzisz?- zapytałam, ignorując ją.
-Wkrótce się dowiesz.
-W takim razie nie pójdę.- szepnęłam automatycznie.
-Nie masz wyboru.- mówiąc to, znów ku mnie skoczyła, zaczynając krępować mi ręce.
-Co ty ze mną robisz?!- krzyknęłam, rozpaczliwie wyrywając się jej, lecz nie było to tak prostym zadaniem, jakby się wydawało.
-Ci… Zamknij się, jeszcze ktoś nas usłyszy.- powiedziała, zakładając mi opaskę na oczy i zatykając usta szmatą.
-O t-to my chdzi…- wydukałam, próbując jej oznajmić, że właśnie o to mi w tej chwili chodziło.
-Ach, już bym zapomniała.
Odwiązała skrawek materiału i wepchnęła mi do ust coś małego, twardego i słodkiego.
-Połknij to.- rozkazała, a ja posłusznie to zrobiłam. Miałam już dość. Zdążyłam jeszcze zauważyć, że kobieta siada przede mną na jezdni, jakby na coś czekając.
A zaraz potem odpłynęłam w niebyt.
*****
Kręciło mi się w głowie.
Powoli otworzyłam oczy, a przed sobą ujrzałam biały sufit prostokątnego pomieszczenia.
Z ociąganiem podniosłam się na nogi, ponieważ odkryłam, że leżałam na łóżku w kącie omawianego pokoju. Nie miał on okien, jedynie w jednej ze ścian wmurowane zostały mahoniowe drzwi, które w właśnie tym momencie się otworzyły.
Stała w nim ta sama kobieta, która mnie porwała.
-Jak się czujesz?- spytała.
Nie odpowiedziałam. Nadal byłam śmiertelnie przerażona, a mój oddech przyśpieszony. Nawet nie wiem, jak mocno marzyłam wtedy o tym, żeby po chwili obudzić się w łóżku i stwierdzić, że był to tylko zły sen.
‘To tylko koszmar…’
Podeszła do mnie i wymierzyła mi kolejny cios w policzek.
Zaczęło być to już nużące.
Prychnęłam w duchu.
Nużyło mnie to, że ktoś stosuje wobec mnie tą samą karę, w dodatku tak… Specyficzną.
W między czasie zatoczyłam się i mimo wszystko, zdziwiona, oparłam się o ścianę.
-Niezbyt…- odparłam z wahaniem.
-Dobra. Teraz chodź za mną.
-Mogę wiedzieć po co?
-Dowiesz się za parę minut.
Zirytowała mnie jej obojętność, lecz podążyłam za nią. W świetle mogłam w końcu zobaczyć, jak wygląda. Była wyjątkowo blada, a jej  przenikliwe, fiołkowe oczy rzucały na mnie świdrujące spojrzenie. Jej włosy były rude, niemal ogniście czerwone. Byłam prawie pewna, że jeślibym zobaczyła ją z daleka, na łące, mogłabym ja pomylić z… Ogniskiem. Dosłownie.
  Była ubrana na czarno; luźna, prosta bluza i rurki, na nogach glany, w wielu miejscach przetarte.
Wyprowadziła mnie z mojego tymczasowego więzienia. Zamrugałam gwałtownie.
Nagła, tak ostra czerń, mocno gryzła się z dotychczasową nieskazitelną bielą, lecz dziewczyny to nie obchodziło, wręcz nieustannie mnie poganiała.
Po chwili, gdy mój wzrok przystosował się do ciemności długiego korytarza, zaczęłam obserwować moje otoczenie, chłonąc przy tym tyle szczegółów, na ile pozwalał mi mrok.
Zobaczyłam kilka postaci, idących w zwartej grupie i szeptających coś z głowami pochylonymi ku sobie.
Przez kilka następnych minut nie spotkałyśmy nikogo.
-Gdzie mnie prowadzisz?- szepnęłam zaciekawiona, lecz po chwili opamiętałam się, znów przybierając postawę wyniosłą.
W jej oczach błysnęło światło, najprawdopodobniej pochodzące ze świecy któregoś z rzadko mijanych przechodniów.
Posłała mi pogardliwe spojrzenie.
Prychnęłam rozczarowana jej zachowaniem.
Dlaczego nie chciała mi nic powiedzieć?
Tego nie wiedziałam.
Nadal szła korytarzem, a ja byłam zmuszona podążać za nią, jeśli nie chciałam znów oberwać.
Nie miałam pojęcia również, dlaczego się tu dostałam.
Sfrustrowana podążyłam za Rudą.
Po kilku minutach, na końcu tego, mogłoby się rzec, niekończącego się tunel, ujrzałam majaczącą sylwetkę.
W miarę upływu czasu znacznie się przybliżyła, dzięki czemu mogłam ją dojrzeć w pełnej okazałości.
Tajemnicza postać okazała się być mężczyzną, oczywiście, jeśli tak prozaiczne określenie jest stosowne dla kogoś tak nadzwyczajnego.
Jego, podobnie jak Rudej, alabastrowa skóra odcinała się od wszechobecnego mroku, który z ostatnimi minutami nieznacznie pojaśniał. Falowane, brązowe włosy sięgały ramion, a głowa przewiązana była zielonkawym rzemykiem. Intensywnie seledynowe oczy zapatrzone były, jakby rozmarzone w przestrzeń. Przechodząc koło nas, skierował wzrok na mnie, lekko zdziwiony, a zauważając, że się na niego nachalnie gapię, uniósł delikatnie kąciki ust, co mnie kompletnie zdziwiło, a jednocześnie zawstydziło. Wbiłam wzrok w ziemię.
-Kto to jest?- spytałam gdy nas wyminął, tak cicho, by mnie nie usłyszał.
Po raz pierwszy od czasu gdy się spotkałyśmy, Porywaczka niejednoznacznie zachichotała.
-Erasme.- odparła szeptem, nieznacznie podążając wzrokiem za chłopakiem.
Westchnęłam tylko, ponieważ nie miałam ochoty znowu jej rozzłościć.
Erasme.
*****
Po jakiejś godzinie, która zdawała się być wiecznością, przystanęłyśmy przed kolejnymi, drewnianymi drzwiami.
Rudowłosa zapukała niechętnie, zapewne wiedząc, co za chwilę usłyszy.
-Czy musisz nam… Znaczy mi… Teraz przeszkadzać?- usłyszałyśmy głęboki bas, przerywający jednostajny szum deszczu, który najprawdopodobniej  padał poza budynkiem.
-Jared…- jęknęła. – Ty i… Ona… Daj mi minutkę.- szepnęła do mnie, po czym popchnęła na ścianę i wparowała do pokoju.
Usłyszałam kobiecy krzyk, który po chwili ucichł.
I wcale nie był to krzyk Rudej.
-Camille!!!- wrzasnął Jared, a ja wyczułam, że musi być na nią wściekły.
-Tak?- spytała niewinnym głosem.
-Zabiłaś ją! Przecież to… człowiek!
-Był.- dodała, po czym prychnęła.- Prędzej czy później, i tak musiałbyś to sam zrobić.
Stałam przed drzwiami, przysłuchując się specyficznej wymianie zdań, nie mogąc uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę.
Westchnął zirytowany.
-W sumie… Prawda. Więc, w jakim celu mi przerwałaś?- zapytał.
-Nowa. Włóczyła się po nocy.- mruknęła.- Chodź.
Lękliwie weszłam do gabinetu mężczyzny.
-Jak masz na imię?- warknął, zirytowany jeszcze karygodnym w jego mniemaniu zachowaniem współpracownicy.
-Chloe. – szepnęłam.
-Chloe…- powtórzył.- Ładnie.
Miałam wrażenie, że powiedział to tylko po to, aby moja uwaga została rozproszona, więc nadal, na wskroś im, pozostawałam spięta.
-Musimy sobie wyjaśnić parę rzeczy…
-Właśnie. Po co mnie porwaliście?!- szepnęłam ostro, nadal czując się zaszczuta.
Camille skoczyła w moją stronę.
-Nie przerywa się Jaredowi…- posłała mi karcące spojrzenie.- Jedynie ja mam takie przyzwolenie.- zamruczała mu do ucha.
Zachichotał.
-Cam… O ile wiem, twój mąż…
-Tak. – przerwała  mu.
Na chwilę zapanowała cisza.
-Więc…?- zaczęłam nieśmiało, modląc się o to, aby znowu ich nie rozzłościć.
Prychnęłam w duchu.  Matka przez całe życie nie nauczyła mnie takiej dyscypliny.
-Ach… Nie lubię tego wciąż na nowo tłumaczyć. – jęknął mężczyzna.
Podniosłam brwi.
-Między nami… Elfami, a pewnym plugawym gatunkiem od wielu lat toczy się niema wojna. Ludzie potrzebni są nam do… Pomocy. Walki. Im mniej was porwiemy, tym lepiej. Chcemy was tylko chronić przed… Krwiopijcami. Tylko… Ty po prostu miałaś pecha.- zaśmiał się.
Zawtórowałam mu, ponieważ brzmiało to tak groteskowo, że aż śmiesznie. Elfy?
Sądząc po minie mężczyzny, właśnie zwątpił w moje zdrowie psychiczne.
-I właśnie o taki zdrowy entuzjazm nam chodzi.- odparła Camille.- Pokażę ci twój pokój.
-Chwila… Wy mówicie poważnie?!
Przytaknęli jednocześnie.
-Co ja wam takiego zrobiłam?
-Chodźmy.- zignorowała mnie Ruda.
Nadal, zirytowana, stałam, wpatrując się wściekłym wzrokiem w jej fioletowawe oczy.
Jared nachylił się do mnie i szepnął mi coś do ucha.
-Widzisz… Camille… Jest dziś dość drażliwa.
-Zdążyłam zauważyć. – prychnęłam, co go rozbawiło, a kobietę jeszcze bardziej zdenerwowało.
Żeby jej jeszcze bardziej nie rozwścieczyć, podeszłam do niej nieśmiało.
-Przepraszam.- powiedziałam cicho, zwracając się do niej.
Skinęła głową.
-A ty wybacz, że cię pobiłam… Po prostu… Jesteś bardzo irytująca osobą.- zaśmiała się.

3 komentarze:

  1. Ojej, świetne :) Już mi się podoba. Elfy? Ciekawe co z tego wyniknie :)
    U mnie NN, zapraszam :)
    Tajemnicza, niewidzialna.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jako, że dość długo musiałaś czekać aż nadrobię Twoje rozdziały, skomentuję każdy z nich;) Wiem jak wielką radość sprawia to autorowi;D Opowiadanie jest strasznie interesujące. Wspaniale wychodzi Ci opisywanie uczuć i miejsc, a postacie, które stworzyłaś są niepowtarzalne i tajemnicze. Nawet o głównej bohaterce nie wiele można powiedzieć, bo nie wiele o niej wiadomo. Skądś uciekła. Skąd? Chciałabym już to wiedzieć;D No i ta Ruda... Cieszę się,że jest tu ktoś taki:D W końcu wystarczy tylko spojrzeć na mój nick;D
    Lecę do następnego rozdziału;)

    OdpowiedzUsuń