Translate

sobota, 25 stycznia 2014

Rozdział 7


      Mozolnie posuwając się do przodu, cała zaspana i zdezorientowana, ponieważ, nie powiem, ostatnia godzina mocno mnie zestresowała, położyłam dłoń na klamce
z zamiarem uwolnienia się z tej klitki, lecz po chwili stwierdziłam, że dobrze byłoby się odrobinę rozbudzić. Skierowałam się ku drzwiom toalety i otworzyłam je postanawiając, że muszę ochlapać twarz zimną wodą. Gdy to zrobiłam, gwałtownie zamrugałam, co zaowocowało tym, że misterny makijaż kompletnie się rozpłynął. Rozdrażniona szybko go poprawiłam, po czym ruszyłam z zamiarem odnalezienia kogoś, kto w końcu by mnie zrozumiał oraz przy którym bym się aż tak nie dener-wowała. Głęboki oddech, gorączkowe przygładzenie włosów, szybkie spojrzenie w lustro, które, jak zwykle z resztą utwierdziło mnie w smutku i byłam gotowa. Podeszłam do drzwi i wyjrzałam na korytarz. Był dość opustoszały, co zachęciło mnie
do opuszczenia pomieszczenia, które z minuty na minutę stawało się dla mnie coraz bardziej jawnym synonimem więzienia. Ach, jak ja nie lubiłam ograniczeń! Strasznie mnie denerwowały.
     Weszłam do tunelu i postanowiłam się rozejrzeć. W końcu mogłam spokojnie pomyśleć, to mi się podobało, nie musiałam martwić się o to, czy ktoś rozszyfruje moją podświadomość, byłam co najmniej pewna, że nikogo nie ma przynajmniej w promieniu kilometra, ponieważ dość szybko rozchodziło się tu echo, a sprawę dodatkowo ułatwiało mi obuwie elfów, które swoimi obcasami zwykło wybijać miarowy rytm podczas ich przemieszczania się. Przez chwilę poczułam przynajmniej namiastkę wolności... Napawałam się nią w ciszy, nieśmiało licząc na to, że nikt nie pokusi się o zniszczenie mojego dobrego humoru wywołanego częściową samo zależnością.
     Niestety po paru chwilach usłyszałam stukot dochodzący gdzieś zza mnie. Niechętnie się odwróciłam, chcąc sprawdzić, czy aby nie postanowiono mnie śledzić. Przez korytarz przechodziła jedna z najmniej wyczekiwanych przeze mnie dzisiaj osób, a mianowicie Stas. Zacisnęłam zęby i przyśpieszyłam kroku. Nie może mnie przecież od tak zatrzymać. Nie teraz, nie tak. Nie uda się mu, myślałam gorączkowo. Z kolei z drugiej strony, istnieją okoliczności sprzyjające; nikogo nie ma w najbliższym otoczeniu, ma pełne pole manewru... Mimowolnie się wzdrygnęłam na samą myśl. Tak. To było możliwe. Nawet bardzo, a świadomość tego faktu nie ułatwiała mi mojej męczącej roli. Musi się udać, nie zatrzyma mnie, modliłam się w myślach. Lecz miałam niemiłe przeczucie, że nadzieje pozostaną jedynie marzeniami.
-Veronica!
Głęboki oddech, udawaj, że go nie słyszysz...
-Veronica!- powtórzył.- To ty?
Czułam jego świdrujące spojrzenie na plecach, które nie pozwalało mi się skupić.
Uparcie szłam dalej, ignorując uczucie, które nakazywało mi się zatrzymać. Czułam się tak, jakbym miała zaraz odlecieć. Nienawidzę tego, nie, tak się nie stanie. Uda mi się, nie zaczepi mnie... Myślałam gorączkowo, próbując zagłuszyć omdlenie, które coraz mocniej mnie obezwładniało. Przecież nie mogę się teraz poddać. Nie, nie teraz, nie w takim momencie!
 Poczułam, że złapał mnie za ramię.
-Co?- warknęłam, nie mogąc pohamować złości.
Zamrugałam zdziwiona. Nie byłam przyzwyczajona do tego, że zachowuję się w tak nieprzewidywalny i nagły sposób.
-Wybacz...- mruknęłam. -Po prostu mam dzisiaj gorszy dzień.
-Jeśli tak mówisz...- odparł zdezorientowany.- Co robisz tutaj sama? Może mam ci potowarzyszyć?- spytał, zmieniając ton i biorąc mnie pod ramię. Przewróciłam oczami. Tłumiłam w sobie właśnie ogromną chęć wyrwania się spod jego uścisku i ucieczki.
-Chciałam pobyć chwilę sama.- powiedziałam z przekąsem, za wszelką cenę starając się utrzymać chociażby niewielki dystans. Na próżno, przyciągnął mnie do siebie jeszcze mocniej. Prychnęłam zniesmaczona.
-Wiesz... Szczerze mówiąc, nawet podobał mi się ówczesny stan rzeczy...- starałam się mu to subtelnie zasugerować. Popchnął mnie delikatnie na ścianę. W jego ruchach było coś specyficznego, wyćwiczonego, czułam się, jakby stał przede mną aktor odgrywający dobrze znaną sobie rolę.
-Czy ty próbujesz się mnie pozbyć?- spytał podejrzliwie, bacznie obserwując mnie spod rzęs. Spojrzenie również było wystudiowane.
Przez chwilę się wahałam, zastanawiając się, czy grać w otwarte karty.
-Troszkę.- odparłam po chwili, patrząc na niego pobłażliwym wzrokiem.
-Biedna jesteś...- mruknął i mnie objął.
-Stas!- usłyszałam za nami krzyk Camille. -Co ty robisz?!
-Nic...- odparł niezrażony.
-Erasme, mógłbyś go zabrać?
Co? Erasme? Teraz? Dlaczego w takim momencie?!
Przeleciało mi przez głowę.
-Jak sobie pani życzy.- oznajmił męski głos.- Stas, mam dla ciebie sprawę.- dodał po chwili, idąc z nadąsanym mężczyzną. –Uciekli.
-Kto?- warknął rozdrażniony.
-Eveline i Harry.- powiedział Blondyn.
Nie usłyszałam dalszego ciągu ich rozmowy, ponieważ zbytnio się oddalili.
-Dzięki.- szepnęłam do Rudej.
-Nie ma za co.- prychnęła. –Wiesz może coś o zaginięciu twojej towarzyszki?- spytała cicho.
Nie.
Nie wiem.
Starałam się cicho zaprzeczać w myślach.
-Na pewno.- zachichotała. –Przecież cię znam.- mruknęła po chwili. –A przynajmniej tak mi się wydaje.- powiedziała, po czym przyjrzała mi się podejrzliwie.
-Tak...- przytaknęłam szybko, starając się rozwiać wątpliwości dziewczyny.
-Mam taką nadzieję.- dodała po chwili, po czym odeszła.
Zostawiła mnie samą i było mi z tym dobrze.
     Przechodziłam się po korytarzu, pozwalając moim myślom na większą niż dotychczas swobodę, która sprawiała mi dodatkową uciechę, ponieważ tak dawno jej nie zaznałam.
-Veronico!- usłyszałam kolejny krzyk, tym razem dla odmiany należący do jakiejś nieznanej mi kobiety. Odwróciłam się i spostrzegłam, że jest to wyjątkowo urodziwa elfka, która zmierzała z gracją w moją stronę. W zachowaniu równowagi nie przeszkadzały jej wysokie szpilki, a sposób, w jaki się poruszała doprawdy mnie oczarował. Był taki inny. Wydawało się jakby jedynie czasami muskała podłogę stopami, a przez resztę czasu lewitowała, unosząc się jakieś dziesięć cali nad dywanem, który właśnie pokonywała.
-Tak?- spytałam, otrząsając się z transu, w jaki przed chwilą wpadłam, z konsternacją stwierdzając, iż stoi tuż przede mną.
-Witaj.- powiedziała donośnym, dumnym głosem. Wyraźnie odróżniała się od innych. To nie mogła być wojowniczka, była inaczej ubrana. Nosiła długą, staroświecką suknię do ziemi, włosy miała związane w ciasny kok wykończony sprytnie upiętymi warkoczami.
-Dzień dobry.- odparłam zdziwiona.
-Jestem tu, aby nauczyć cię podstaw. Teorii, naszej historii, historii elfów. Z tego, co mi wiadomo, nie zdążyłaś się zbytnio dużo o niej dowiedzieć?
Spuściłam głowę zawstydzona. Miałam cichą nadzieję, że nie poznała zbyt wielu szczegółów.
-Lekcja pierwsza.- oznajmiła tonem surowej nauczycielki. –Odpowiadamy pełnymi zdaniami, w elfim świecie nie istnieją wyrazy ‘tak’ lub ‘nie’. Musisz swoją wypowiedź umiejętnie umotywować, aby twój rozmówca utwierdził się w przekonaniu, że jesteś istotą rozumną. Na miłość boską, przecież chochliki wypowiadają się już składniej!- dokończyła dramatycznym tonem, a ja, walcząc całą dostępną mi siłą z moim jestestwem, które właśnie próbowało zahamować dziką chęć wybuchnięcia śmiechem, stałam przed nią z nienaturalnym grymasem na twarzy.
-Dobrze.- rzekłam, lecz zauważając jej surowe spojrzeniem natychmiast się zreflektowałam.- Uważam, że ma pani rację, umiejętność wypowiadania jest bardzo... Eee... Potrzebną do życia... Umiejętnością.- dodałam z trudem znajdując słowa, które jak na zawołanie uciekały mi spod języka, przez co zabrzmiałam jeszcze gorzej niż zwykle. Skarciłam się w duchu za powtórzenie wyrazu w tym samym akapicie, co pani profesor skwitowała cichym chichotem.
-Nie przesadzajmy...
-Dziękuję.
-Chciałam tylko zobaczyć twoją reakcję.- stłumiła śmiech.- Lecz nie neguję tego, co wcześniej powiedziałam.
Pokiwałam głową, na znak, że zrozumiałam.
-Pragnę tylko przekazać ci, że od teraz zostaję twoją nauczycielką, oczywiście nie zastępuję Stasa, lecz będziesz do mnie przychodziła po zajęciach z nim.- wyjaśniła mi powoli. –Więc... Do zobaczenia.
-Do widzenia.- powiedziałam  nadal oniemiała, patrząc się na tył jej falującej, turkusowej sukni.
     Pomyślałam, że koniecznie muszę znaleźć Victora, aby nie zwariować. Wydawał mi się jedynym, który do tej pory się nie zmienił i nie wywoływał we mnie uczucia duszącego niepokoju.
     Czym prędzej ruszyłam w kierunku naszego ostatniego miejsca spotkania, łudząc się, że istnieje nikła możliwość, aby sytuacja się powtórzyła.
Na korytarzu nagle zaroiło sie od ludzi i elfów. Byli wszędzie, mijali mnie, od czasu do czasu potrącając i zmuszając mnie do podświadomego bluźnienia na wszelkie stworzenie. Czasami widziałam również znajome twarze; zobaczyłam Jareda w towarzystwie jakiegoś innego mężczyzny, który gorączkowo wymachiwał rękoma, zapamiętale gestykulując. Sądząc po ich gestach, kłócili sie o coś. Zaciekawiona cicho do nich podeszłam.
-... i pozwoliłeś, żeby od tak uciekli! Jak mogłeś, myślałem, że powierzając ci opiekę nad tym oddziałem, choć trochę się odciążę!- krzyczał na niego, a ja domyślając sie, o co może mu chodzić, zachichotałam cicho. Odsunęłam sie od nich, nadal podążając przed siebie.
Po paru minutach, mimo całej swej różnorodności, tłum zaczął mnie nudzić.
Non stop powtarzało się to samo; elfy, ludzie, elfy, prowadzące ludzi, którzy nie mogli nadziwić się temu niecodziennemu zjawisku, które stało się dla mnie już najnormalniejszym stanem jaki mogłabym sobie wymarzyć. Ach, jak ja się zmieniłam! Lekko mnie to przerażało, a z drugiej strony dziękowałam na kolanach, że nie muszę już znosić humorów mojego umysłu zafascynowanego otoczeniem.  Krążyłam, a raczej szukałam go po całym korytarzu, wypatrując w każdym najmniejszym kącie jego głowy.
Po kilkudziesięciu minutach stało się to już bardzo nużącym zadaniem. Sytuacje ciągle się powtarzały, klimat był ten sam, nawet ja zaczęłam się już po prostu biernie przyglądać ścianom, przyłapując się od czasu do czasu na przystawaniu w miejscu i bezsensownym wpatrywaniu w jeden punkt. Po paru podobnych scenach zdecydowałam, że dłuższe szukanie go nie ma sensu. Zrezygnowana podążyłam ku mojemu pokojowi, lecz gdy przypomniałam sobie o jedzeniu szybko zaopatrzyłam się w nie, a już nasycona mogłam zacząć myśleć o następnym dniu. Kołatała mi w głowie świadomość, że nie mogłam znaleźć Victora. Coś mi mówiło, że coś musi być z nim nie tak; wręcz dziwne było to, że nigdzie go nie było, zwłaszcza na korytarzu, na którym przebywa on zwykle niemal codziennie. Nie wiedząc nawet kiedy, położyłam się do łóżka i natychmiastowo zasnęłam, nie zamęczając się więcej różnorakimi problemami.
Wiem jedno, jest tu tak cholernie kolorowo, że aż zrobiło mi się niedobrze.
Idę ścieżką przed siebie, trzymając Victora za rękę. Nie rozmawiamy, oboje jesteśmy jednakowo zamyśleni. Nerwowo odgarniam włosy.
-Wydaje mi się, że już się zaczęło.- szepczę, patrząc się na niego niepewnie.
Odwzajemnia zaniepokojone spojrzenie.
-Nie martw się...- mruknął. –Nic się nie stanie.
-Mam nadzieję.
Kilka podobnych snów nawiedzało mnie tej nocy.
     Po raz pierwszy spokojnie otworzyłam oczy.
Świtało.
Odetchnęłam głęboko, powoli wstając z łóżka, po czym po zwykłych codziennych czynnościach otworzyłam drzwi postanawiając, iż poczekam na Camille przed wejściem.
Coraz dotkliwiej odczuwałam brak towarzystwa kogoś znajomego. Sama czułam się zagubiona, trudno było mi zorientować się w swoich własnych emocjach, a z kimś, mimo, iż bardziej się stresowałam, było przebywać mi łatwiej. Zsunęłam się na podłogę, kuląc nogi i opierając się o ścianę. Jednak we śnie żyje się o wiele wygodniej i spokojniej...
-Veronica, już czas. Pamiętasz, gdzie mamy lekcje?- podniosłam głowę zaskoczona, ponieważ usłyszałam głos Stasa. Najwyraźniej był zatroskany. Chwila. On?! Było to dla mnie, nie powiem, dość poważnym szokiem.
-Tak...- odparłam, nadal nie mogąc się nadziwić zaistniałej sytuacji.
Schylił się i podał mi rękę, a ja z przyzwyczajenia schwyciłam ją i się podniosłam, lecz równie szybko opuściłam.
-Wybacz.- mruknął pod nosem. –Dzisiaj będzie więcej praktyki. Pokażę ci kilka użytecznych chwytów obezwładniających...- dodał po chwili.
-Ciekawe.- oznajmiłam zamyślona.
-W lewo.- wskazał na schody znajdujące się po wspomnianej stronie, ocucając mnie z letargu.
-Dzięki.
Skręciłam i już miałam zamiar zacząć pokonywać kolejne stopnie, gdy złapał mnie za ramię.
-Czekaj!- szepnął cicho. –Sprowadziłem... Ci przeciwnika, chciałem zademonstrować ci, z czym będziesz musiała się zmierzyć w najbliższej przyszłości, a lepiej bym się poczuł, gdybym miał świadomość, że pierwszy do sali wejdę ja.- wyjaśnił szybko.
-Jeśli tak mówisz...
Resztę lekcji spędziłam na słuchaniu jego wykładów, lecz nie byłam na nich dostatecznie skupiona, aby cokolwiek zapamiętać.
Zmęczona powlokłam się do pokoju.
     Gdy w końcu do niego dotarłam, znów opadłam na łóżko, ale po chwili przypomniało mi się, że przecież od dnia wczorajszego jedyną myślą tłukącą się po mojej głowie było odnalezienie Victora. 
Westchnęłam.
Nigdy nie spodziewałam się, że będę mogła aż tak przywiązać się do prawie obcego chłopaka, byłam tym doprawdy zdziwiona; zwykle długo mnie trzeba przekonywać do bliższego poznania ludzi. Wstałam pośpiesznie i ruszyłam na podbój korytarza. Rozbawiła mnie moja determinacja, lecz nie przestałam, tylko jeszcze bardziej przyśpieszyłam kroku i skręciłam w kolejny zakręt.

Po tunelu krążyłam jeszcze długo, zapuszczając się w takie jego zakamarki, o których pojęcia nawet nie miałam. Sama świadomość, że jest on tak ogromny mnie przerażała, a to, że mam zamiar odnaleźć w tak wielkiej przestrzeni określoną osobę, napawała mnie jeszcze gorszym lękiem. Mijały mnie różne istoty, w większości, po tak sporym oddaleniu były to najprawdopodobniej mroczne elfy. Ich skóra była okropnie blada, niemal biła na głowę w tej dziedzinie śnieg, kobiety nosiły bardzo krótkie, lub długie fryzury, które uwydatniały ich zgrabne figury i nadawały ostrości wyrazowi twarzy. Miały przy sobie różnorakie bronie, miecze, różdżki. A przynajmniej tak mi się wydawało, tego, czym są tajemnicze przedmioty mogłam się jedynie domyślać. W tym miejscu było wyjątkowo nieprzyjemnie; bluszcz oplatał każdą, wyciosaną w ciemnym kamieniu kolumnę, ściany były wyłożone granatowymi płytkami o chropowatej fakturze, co mnie lekko dziwiło; zawsze myślałam, ze elfy lubują się w naturze. Ruszyłam dalej, zafascynowana i zainteresowana światem na nowo, bacznie obserwując każdego, kto przechodził koło mnie lub prowadził z kimś rozmowę.
Nagle go zauważyłam.
-Victor!- krzyknęłam. -Tu jesteś!
I zanim zorientowałam się, co mam zamiar zrobić, podbiegłam do niego i kurczowo przytuliłam. Gdy zauważyłam infantylność mojego zachowania, było już za późno.
-Cii, Vera...- szepnął rozbawiony, również mnie obejmując. –Spokojnie.
Miał tak miły głos...
To stwierdzenie przeleciało mi przez umysł.
Delikatnie pogłaskał mnie po plecach, niczym ojciec pocieszający obudzoną przez koszmar córkę, lecz wyczułam w tym drobnym geście przebłysk czegoś więcej aniżeli troski. A może była to tylko i moja wyobraźnia dorabiająca sobie przyjemne interpretację niewinnych czynów, ale mimo wszystko bardzo mi się to spodobało.
-Przepraszam cię...- powiedziałam zawstydzona, gdy, z pewnym opóźnieniem doszło już do mnie zakłopotanie .
-Nic nie szkodzi...- mruknął, wtulając się we mnie mocniej.
Westchnęłam zadowolona, czując, że znów wszystko powróciło na swoje miejsce w tym zagmatwanym świecie, lecz po chwili przerażona stwierdziłam, że stało się to, gdy w końcu znalazłam się w ramionach chłopaka.
Czyli jest źle.
-Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że w końcu cię znalazłam.- szepnęłam gdzieś na wysokości jego obojczyka, wdychając jego przyjemny zapach, coraz bardziej powracając do normalnego stanu świadomości.
Poczułam, że się uśmiecha.
-Miło mi.- odparł nie kryjąc zadowolenia.
Po chwili, cała zmieszana się od niego odsunęłam.
Wydaje mi się, że nie muszę pisać, ile samozaparcia mnie to kosztowało.
-Veronica...- powiedział, kręcąc głową i chichocząc jednocześnie.
-Słucham.- wykrztusiłam, starając naśladować jego pozę.
-Wiesz, lubię cię.- powiedział szybko, nie kryjąc rozbawienia.
Uśmiechnęłam się, lekko się rozluźniając.
-Ja cię też.- odparłam cicho, patrząc się na mijających nas elfów, które najprawdopodobniej słyszały każde wypowiedziane przez nas słowo.
-Czuje sie zaszczycony.- odparł nadal cicho sie śmiejąc.
Przewróciłam oczami, wtórując mu.
-I dobrze.
-Bardzo...- chwile sie zawahałam, lecz zdecydowałam, że nie ma sensu udawać.
-Bardzo brakowało mi twojego towarzystwa, waz sie nigdy zostawiać mnie samą na tak długo!
-Wybacz...- uśmiechnął się. -Musiałem się uczyć...- wytłumaczył się czym prędzej.
-Vera?
-Tak?- spytałam się, zastanawiając się, co może mu chodzić po głowie.
-Czy mógłbym cie odprowadzić?- zapytał cicho, wbijając wzrok w podłogę.
Mogłabym przysiąść, ze w tym momencie zrobiłam sie cała czerwona.
-Oczywiście, bardzo mi miło.- powiedziałam, żarliwie modląc sie w duchu, abym
znów stała sie normalnie blada.
-Cieszę się.- odpowiedział autentycznie wesoły, chwile sie wahając, lecz biorąc mnie
za rękę i postanawiając zorientować się, w jakiej części tunelu sie znajdujemy.
Wywnioskowałam to stąd, ze zaczął sie bacznie rozglądać, szukając wzrokiem
najprawdopodobniej jakichś znaków szczególnych. Korytarz niewiele się zmieniał, lecz wiedząc, że chłopak spędza tu większość wolnego czasu w poszukiwaniu nowych znajomości, domyśliłam się, że zna tutejsze tereny znakomicie.
-Tędy.- szepnął, lekko pociągając mnie w wyznaczonym kierunku.
-Poznałeś kogoś ciekawego?- spytałam, próbując nawiązać rozmowę.
Zauważyłam, że nieznacznie uniósł brwi.
-Nikogo oprócz ciebie.- mrugnął do mnie. -A ty? Poradziłaś sobie juz z
nauczycielem?
Zawstydziłam się.
-Tak.- odparłam po chwili. -Lecz mam nieśmiałą nadzieję, że mimo wszystko
dostanę kogoś... Bardziej kompetentnego.- dodałam po chwili zamyślona.- Naprawdę,
jest wyjątkowo... Męczący.
-Pod jakim względem?
Najchętniej zapadłabym się tu i teraz pod ziemie, pomyślałam wyklinając wszelkie
istnienie. Nie miałam pojęcia jak mu odpowiedzieć.
-Nachalny, może to lepiej go opisuje.- odrzekłam po chwili, cicho pomstując, aby
jego umysł nie wyłapał w tym podtekstu pożądania. Na próżno.
-Ach...- westchnął po chwili. -Nie do końca cię rozumiem, ale wydaje mi się, że
powinnaś była powiedzieć o tym Camille.- powiedział, patrząc się na mnie uważnie.
-Nawet nie wiesz, jak bardzo chciałabym móc.
Dopowiedziałam po chwili, onieśmielona magnetyczna siłą jego spojrzenia. Co gorsza,
irytował mnie fakt, iż działa ono na mnie w ten sposób, lecz nie miałam pojęcia jak
pozbyć sie tego krępującego uczucia. 
- A nie możesz?- zapytał podejrzliwie.
-To bardzo skomplikowana sytuacja.- wyjaśniłam pospiesznie, udając, że nagle
ogromnie zaciekawiła mnie faktura płytek tworzących ścianę.
-Jeśli tak mówisz... Po prostu sie o ciebie martwię.- mruknął cicho, również
wlepiając wzrok w to samo miejsce. -Mów mi o wszystkim co cię zaniepokoi, dobra?
Zdziwiona jego nagła troską, pokiwałam głową.
-Dzięki.- usłyszałam po chwili swój własny głos.
-Za co?- zapytał skonsternowany.
-Za wszystko.- odparłam, nim zdążyłam ugryźć się w język.
-Proszę...- uśmiechnął się, splatając nasze palce.
Westchnęłam zadowolona stanem rzeczy i tym, że w końcu poczułam się spokojna.
-Jeszcze tylko pół godziny. Przynajmniej tak mi się wydaje, dawno tędy nie
chodziłem.- po chwili prychnął.- Dawno, też mi coś...
Zaśmiałam się cicho.
-Wiesz może, która jest godzina?- zapytałam po chwili, gdy szliśmy kolo okna,
Przez które zauważyłam niepełny księżyc, oświecający swym światłem tunel. Oprócz
Tego, znajdowały sie w nim jedynie świeczki, a chybotliwy płomień nie wydawał mi
Sie zbytnio miły.
-Myślę, że jest juz dość późno, zaraz sprawdzę...- mruknął, wyjmując rękę z kieszeni bluzy i przechylając ja pod rożnymi katami, aby zauważyć na tarczy zegarka jego
wskazówki. -Jest... Pierwsza nad ranem.
Uniosłam brwi i spostrzegłam, ze Victor zareagował podobnie.
-Czas płynie dzisiaj wyjątkowo szybko, nie uważasz?- spytał po chwili, gdy
minęliśmy już kilka, dość od siebie oddalonych świeczników.
-Az za szybko...- mruknęłam smutno. -Victorze...- zaczęłam po chwili,
przypominając sobie coś.
-Co sie stało?
-David...-widząc jego podejrzliwe spojrzenie, na wprędce wyjaśniłam, że jest to
towarzysz Eveline. -Powiedział mi, ze łatwiej mi Bedzie przeżyć, jeśli... Poczekam na
pierwszą dawkę krwi elfów.- dodałam po chwili.
-Dawkę?- spytał zamyślony, najwyraźniej rozpatrując wszelkie za i przeciw.
Trwaliśmy przez chwilę w ciszy, słysząc jedynie stukot naszych butów odbijający się echem po korytarzu. Nawet, gdy mówiliśmy szeptem, zwielokrotnione powtórzenia
całych zdań rozchodziły się miarowo wzdłuż pustej przestrzeni.
-Szczerze mówiąc, po namyśle, zgadzam się z nim całkowicie. Będziesz mogła czytać w myślach, a to jest duży plus, dowiesz się, czy dana osoba ma wobec ciebie dobre, czy złe zamiary. Severus tłumaczył mi również, że wraz z kolejnymi sesjami będziemy stawać się coraz silniejsi i odporniejsi na ciosy... To ma sens, musisz poczekać. A przynajmniej byłbym spokojniejszy wiedząc, że trudniej byłoby cię skrzywdzić.
-Prawda. Tyle ze, wydaje mi sie, ze dość nieswojo czułabym się wiedząc, iż do mojego ludzkiego krwioobiegu dostała sie tkanka istoty fantastycznej.- powiedziałam po chwili.
-Przyznaje, ja tez.- odparł smutno.
-Juz jesteśmy!- dodał po paru minutach, wskazując na majaczące w oddali drzwi mojego pokoju.
-Dziękuje ci, Victor, naprawdę...- zaczęłam cicho.
-Nie ma za co.- zaśmiał się, przyśpieszając kroku. -Jesteś już śpiąca? Powtarzasz się.
Poczułam, ze patrzy sie na mnie zaciekawiony. Zastanowiłam sie chwile. Fizycznie
może byłam lekko zmęczona, lecz moja psychika była zupełnie rozbudzona, przez, nie
kłamiąc, jego towarzystwo.
-Sama sie sobie dziwię, ale niezbyt.
-Tak?- spytał zaskoczony.
-Rano dość długo spalam...- starałam się znaleźć jakieś wytłumaczenie, które by go
usatysfakcjonowało.
Ostateczna odległość pokonaliśmy w ciszy.
Stałam chwilę, mącząc się z zamkiem, po czym otworzyłam drzwi i wpuściłam bruneta do środka.
 -Wydaje mi sie, ze musze się już powoli zbierać.- oznajmił po chwili.
-Musisz?- spytałam dramatycznym szeptem.
Nie miałam pojęcia co we mnie wstąpiło.
Mój zdrowy rozsądek podpowiadał mi, abym jak najszybciej sie uciszyła, ale miałam
nieuzasadnioną obawę przed opuszczeniem przez chłopaka.
-Mam zostać?- uśmiechnął się.
Pytanie wywołało zamierzony efekt, co mnie jednocześnie zestresowało i ucieszyło.
-Jeśli chcesz...- dodałam z wahaniem.
-Dla ciebie wszystko.- odparł sarkastycznie, lecz mimo to zauważyłam, że nie ma nic
przeciwko towarzyszenia mi.
-Przepraszam...- mruknęłam. -Tak się kończy rozmawianie ze mną o tak późnej
porze. Po prostu... boję się zostać sama.- wyjaśniłam mu, a on pokiwał głową.
-Poczekam tu.- odrzekł, widząc, że mój wzrok powędrował ku toalecie
-Dzięki.
-Vera...- zaczął pobłażliwie.- Przestań już.- dodał śmiejąc się.
-Dobrze...- odparłam, po czym ruszyłam ku łazience.
Wzięłam szybki prysznic i poprawiłam makijaż, po raz pierwszy aż tak prędko
wykonany z taką dokładnością. 
Przebrałam się, po czym wyszłam i zauważyłam, że Victor leży podparty łokciem na
łóżku Eveline. Na mój widok usiadł z przyjaznym uśmiechem.
-Już?
Niemal czułam jak mocno bawi go moje zakłopotanie. Pokiwałam głową, również siadając na moim materacu.
-Dlaczego boisz się zostać sama?- spytał po chwili, świdrując mnie wzrokiem.
Położyłam się, aby mieć więcej czasu na namysł. On natomiast wstał, nerwowo
przechadzając sie po pokoju.
Po chwili przystanął i z wahaniem usiadł na podłodze, tak, że mógł mnie bacznie obserwować.
-Czy chodzi ci o niego?- zapytał cicho.
Wiedziałam, ze ma na myśli Stasa.
Schwycił moja dłoń, która jako jedyna nie była szczelnie otulona kocem.
Uśmiechnęłam sie delikatnie.
-Nie. On mnie aż tak nie nachodzi.- odrzekłam skołowana świadomością jego dotyku.
-I dobrze. Jeszcze tego by mi brakowało... Nie dość, że muszę go znosić w dzień... Zresztą, zrobił się naprawdę znośny. Dzisiaj dał mi bardzo skomplikowany wykład...
A jeśli jesteśmy już przy temacie lekcji, wczoraj podeszła do mnie jakaś kobieta...
-Elfka?
-Tak. I powiedziała mi, że od tej pory będzie wykładać dla mnie teorie.- oznajmiłam.
-Czy mam z tobą iść na lekcje z tym... mężczyzną?-  spytał ponownie. Podniosłam się nieznacznie i spojrzałam na niego z uśmiechem.
-Jesteś naprawdę miły, lecz wydaje mi się, że i tak będę miała kłopoty, gdy Camille
przyjdzie mnie poinformować, że juz czas i znajdzie nas tu razem...- odpowiedziałam
cicho. -Zresztą... Nie jest ci zimno?
-Poczekam, aż zaśniesz.- mruknął. -Więc śpij.
Zaśmialiśmy się.  
–Oczywiście żartuję!
-Wybacz, lecz... Jestem jakoś dziwnie zmęczona.- odparłam, wtulając się w poduszkę
i jednocześnie starając się mocno trzymać jego dłoń.
-Czyli... Mogę już iść spać?
Zawahałam się, co go rozbawiło..
-Tak...
Podniósł się szybko, pogłaskał mnie po ramieniu i skierował się ku drugiemu łóżku.
-Dobrej nocy.- szepnęłam do niego.
Uśmiechnął się.
-Nawzajem...
Po czym przymknęłam oczy i położyłam się na drugim boku, wpatrując się w ścianę.
Miałam cichą nadzieję, że obudzę się pierwsza.

*****
Jestem :) Jest wena, jest ok 3,5 tys słów, jest dobrze :)
Heh, bawię się kolorami niczym jakiś pokemon... Ale, trzeba żyć :)
Poprawiałam to teraz, a jeśli wkradło się tu parę literówek, to bardzo przepraszam :(
Pozdrawiam, miłego dnia/wieczoru :)






















7 komentarzy:

  1. No no^^ postarałaś się :).
    Jejku jak mi szkoda Very...codziennie słucha tych zbędnych wykładów a wieczorem jest padnięta,ma niesamowicie ciężko,niech szybko stamtąd ucieka!! ma się rozumieć z Victorem^^,mam nadzieje że między nimi coś się w końcu wydarzy,jest dla niej wielkim wsparciem,szukała go a jak znalazła rzuciła mu się na szyje,piękna chwila ! :).Są po prostu dla siebie stworzeni!.Jak miło że chciał zostać do momentu aż zaśnie ! to takie kochane!.Widać żę on bardzo się o nią troszczy!
    Rozdział super! zresztą jak wszystkie,twoje opisy są tak cholernie realne że poukładanie sobie w głowie poszczególnych scen to drobnostka ;).Serdecznie pozdrawiam czekam na dalszą część zyczę DUUUUŻO weny <3 .Całuję i zapraszam do mnie na nowy rozdział
    Alice~~^^

    OdpowiedzUsuń
  2. Serdecznie zapraszam na kolejny rozdział Czarnego Lustra ;** .Pozdrawiam! Czekam aż u ciebie się coś pojawi ;3 -Powiadom od razu!

    OdpowiedzUsuń
  3. Serdecznie zapraszam na nowy rozdział :).Pozdrawiam <3
    Alice~~^^

    OdpowiedzUsuń
  4. Serdecznie zapraszam do czytania i skomentowania nowego Rozdziału 1.3 ;*
    Co do Twojego opowiadania, obiecuję, że nadrobię rozdziały i dostaniesz sensowny komentarz. Ale proszę o jeszcze chwilkę cierpliwości, bo mam teraz sesje i kompletnie brakuje mi czasu;/

    OdpowiedzUsuń
  5. Ach opierdzielam się widzę w komentowaniu u Ciebie :D Ale cóż :) Zauważyłam że dużo używasz słowa ,,że'' powtarza się praktycznie w każdym zdaniu. Zdania złożone czasami są zbyt długie, przydało by sie jej trochę ukrócić, aby były zdaniami złożonymi, a nie mega złożonymi. Czuję że między nimi będzie coś poważniejszego. romanse w każdym opowiadaniu! Wszędzie romanse! :D Bez kitu Każdy tylko romansuje :D Ale przecież marca jeszcze nie ma :> Pozdrawiam i jaby nie było Alice spencer która zaprasza Cię na swojego bloga :D

    OdpowiedzUsuń
  6. untouched-undead.blogspot.com12 lutego 2014 02:09

    Zmieniłam adres bloga (poprzedni forever-never-end.blogspot.com) Tylko chciałam Cię poinformować :)

    OdpowiedzUsuń